piątek, 29 września 2017

Rozdział 3 Śniadanie

Sophie pomogła jej się ubrać i zasznurować jasnozieloną sukienkę. Żakiet, a także jej tył były wyszywane granatową koronką. Jak Tessa podejrzewała, poprzednia właścicielka kreacji, musiała być od niej niższa i szczuplejsza, ponieważ cała sukienka była na nią lekko przyciasna. Mimo to była elegancka i po dotknięciu materiału można było stwierdzić, że był to najdroższy model, jaki Tessa w życiu nosiła.

- Częściowo czy całe? - spytała Sophie, unosząc wyczesane do ostatniego kołtuna włosy Tessy.

- Jak ci wygodniej - odpowiedziała, posyłając jej lekki uśmiech, który pokojówka odwzajemniła. Jej zwinne palce sięgnęły po lokówkę, którą potraktowała niektóre opadnięte loki. Mimo wszystko włosy to była jedyna część ciała Tessy, z której ona sama była zadowolona; wciągu lat udało jej się zapuścić włosy niemal do talii, a po matce odziedziczyła naturalne loki, przy których nie było dużo pracy. Sophie zebrała dwa nieduże kosmyki po bokach, upinając je zieloną spinką z tyłu. 

Po ściśnięciu policzków była gotowa. Spojrzała na siebie raz jeszcze w lustrze, nie mogąc się nadziwić, jak normalnie wygląda. Była to bardzo miła odmiana. Przez ostatnie miesiące w lustrze w domu Mrocznych Sióstr widziała tylko brudną, zmęczoną dziewczynę. Gdyby nie droga suknia, wyglądałaby, jak dawna ona.

- Z reguły nowi goście łatwo się gubią w instytucie, dlatego, jeżeli panienka pozwoli, zaprowadzę ją do jadalni - powiedziała Sophie.

- Dziękuję, Sophie. - I poprawiając aniołka na szyi, ruszyła za pokojówką.

Korytarze były ogromne i po przejściu kilku z nich, stwierdziła, że budynek był niczym zamek z książek, które uwielbiała czytać. Obrazy, dywany i pozostałe ozdoby mimo kurzu, były piękne i tajemnicze.

Będąc u Mrocznych Sióstr, myślała, że już nic nie zdoła jej zadziwić. Myliła się. Nocni Łowcy, Instytut, Świat Cieni... i jej z d o l n o ś c i.

Po kilku minutach doszły do jadalni, a właściwie do jej drzwi. Sophie otworzyła je przed nią, wpuszczając do środka. Weszła niepewnie, dostrzegając, jak wiele osób już siedzi przy dużym stole, na którym zostały podane rogaliki i ciepła herbata.

Kiedy Charlotte ją dostrzegła od razu stanęła na równe nogi. Jej twarz rozpromieniła się w uśmiechu.

- Proszę, Tesso, usiądź. Zapewne jesteś głodna. Od razu wszystkich poznasz.

Dziewczyna zajęła miejsce obok Charlotte. Kilka miejsc dalej siedział znany jej z East Horsley brunet o niebieskich oczach, a na przeciwko niego Jem oraz piękna blondynka, która nawet nie zaszczyciła jej spojrzeniem. Po jej ubierze domyśliła się, że suknia, którą Sophie pomogła jej ubrać, należała właśnie do tej dziewczyny.

- Jema już poznałaś - odezwała się ponownie Charlotte, wskazując głową na srebrnowłosego, który tylko posłał jej miły uśmiech. - A to jest Will. - Tessa odwróciła się do bruneta, ten już na nią patrzył swoimi niebieskimi niczym ocean oczami. On również się do niej uśmiechnął, ale w przeciwieństwie do uśmiechu jego towarzysza, jego był wymuszony. Mimo to dostrzegła w jego oku dziwny błysk.

- Nazywam się Jessamine Lovelace - odezwała się w tym samym czasie blondynka, która w końcu zdecydowała się zaszczycić Tesse spojrzeniem swoich brązowych oczu. - Mam nadzieję, że suknia pasuje?

- Można tak powiedzieć, dziękuję...

- A więc to prawda? - zmieniła nagle temat.

- Ale co takiego?

- Że jest pani zmiennokształtną? Jest pani czarownicą?

- Jessie! - skarciła ją Charlotte, ale Tessa tylko wymusiła uśmiech, odpowiadając:

- Owszem, mam dar zmiennokształtności, ale... nie wiem jeszcze, kim dokładnie jestem.

- Raczej czym, bo na pewno nie Nocnym Łowcą...

- Jessamine! - Charlotte podniosła głos, wbijając swój niedowierzający wzrok w blondynkę.

- To nic takiego, pani Branwell - uspokoiła ją Tessa, po czym ponownie się zwróciła do dziewczyny. - A czy pani jest może czarownicą, panno Lovelace?

Na jej pytanie Will parsknął głośnym śmiechem. Jem zaś przyłożył dłoń do ust, aby zakryć szeroki uśmiech. Nie udało mu się. Jessamine wbiła w nią morderczy wzrok, czerwieniąc się ze złości.

- Słucham? - spytała i choć starała się zachować spokój, nie wychodziło jej to.

- Pytałam...

- Wiem, o co pani pytała! Ale skąd mogło to pani przyjść do głowy?!

- Nie ma pani znaków, tak jak pozostali... zresztą nie pamiętam, aby była pani w East Horsley.

- Płynie we mnie ta sama anielska krew, co w pozostałych Nocnych Łowcach - oznajmiła z powagą i stanęła na równe nogi. - Nie mam wielu znaków, a te które mam to ukrywam. Nie uczestniczę misjach i nie zabijam. - Po tych słowach wyszła dumnym krokiem i trzasnęła drzwiami tak mocno, że Tessa aż podskoczyła.

Ukradkiem zerknęła na Charlotte, która z lekkim uśmiechem popiła herbatą. Tessa także skusiła się na rogalika i ciepły napój.

- Panna Lovelace chyba niezbyt mnie lubi - powiedziała w końcu.

- Proszę się nie przejmować - odezwał się Jem. - Ona już taka jest. Przejdzie jej.

- Jessamine dorastała po za instytutem pod okiem rodziców. Niestety jej matka i ojciec zginęli w pożarze, gdy miała czternaście lat. Nie byli przychylni życiu nefilim i stąd ta jej niechęć do Świata Cieni - wytłumaczyła Charlotte.

- I do mnie - dodała Tessa.

- Proszę nie brać tego do siebie.

- I proszę się nie martwić - odezwał się Will, spoglądając na nią. - Jessamine i tak najbardziej się uwzięła na mnie i Sophie. Wkrótce zostawi panią w spokoju.

- Mam starszego brata - powiedziała Tessa i uśmiechnęła się. - Kiedy mieszkałam jeszcze w Nowym Jorku, kłótnie były na porządku dziennym.

W tym samym czasie drzwi jadalni się otworzyły i do środka wszedł mężczyzna o rudych włosach. Wesoło ucałował Charlotte w policzek i zajął miejsce obok.

- Tesso, to mój mąż, Henry - przedstawiła. Henry przywitał się, potrząsając solidnie dłonią Tessy. Pozytywna energia, jaka od niego biła, przeszła także na nią samą.

- Bardzo mi miło - odpowiedziała.

- Baliśmy się, że Mroczne Siostry zrobiły pani coś groźnego, ale wydobrzałaś.

Reszta śniadania przebiegła w rozmowie o historii instytutu, a także o Świecie Cieni. Charlotte uprzedziła ją także, że wkrótce może zjawić się człowiek Clave, który zechce przesłuchać Tessę w sprawie Mrocznych Sióstr.

- Czy po przesłuchaniu będę mogła wrócić do Nowego Jorku?

- Trudno powiedzieć. Mroczne Siostry są nadal na wolności i są dla ciebie zagrożeniem. Niewykluczone, że ich Mistrz może wysłać za tobą swoich ludzi - wytłumaczyła Charlotte.

- Rozumiem... Oczywiście i tak przed wyjazdem muszę odnaleźć brata. To jedyne, na czym się muszę teraz skupić.

- Oczywiście, Tesso. Zapewniam, że zrobimy wszystko co w naszej mocy, aby go odnaleźć.

- Powinniśmy się skupić na odnalezieniu Mistrza - wtrącił Will. - Nie ma sensu się skupiać tylko na bracie panny Gray. - Kiedy Tessa zmroziła go wzrokiem, ten szybko dodał: - Nie to miałem na myśli. Chodziło mi o to, że jeżeli znajdziemy Mistrza, to znajdziemy i Mroczne Siostry i pani brata.

- Trzeba jednak zacząć od jakiś poszlak. Nie trzeba nawet czekać na zgodę Clave - stwierdził Henry. - I tak przekażą nam tą sprawę. Mieszkamy w Londynie, czyli w sercu całego zamieszania.

- Tesso - odezwał się Jem. Spojrzała w jego stronę. - Czy podczas pobytu w domu Mrocznych Sióstr, słyszałaś, aby wspominały jakieś imiona, nazwiska lub miejsca? Cokolwiek...

Tessa zastanowiła się chwilę, marszcząc brwi. Po chwili uniosła pobudzony wzrok, mówiąc:

- Raz, kiedy po przemianie zemdlałam, wkrótce zaczęłam odzyskiwać przytomność. Nie wiedziały o tym i zaczęły rozmawiać o... jakimś zegarmistrzu. - Wszyscy w jadalni pochylili się zaciekawieni w jej stronę. - Mówiły, że nadszedł czas, aby go odwiedzić.

- Mistrz...Zegarmistrz...Mistrz... - zaczęła mruczeć pod nosem Charlotte, wbijając skupiony wzrok w stół.

- Mówiły może gdzie on jest albo jak się nazywa? - dopytywał Will.

- Hmmm... wspominały coś o... nie jestem pewna...

- Proszę mówić, wszystko może być przydatne - zachęcił ją Jem.

- Wspominały coś, o południowej części Londynu.

- To wszystko? - spytała Charlotte.

- Tak, wszystko co pamiętam.

- To i tak już coś.

- Jeszcze dzisiaj wybierzemy się Jem'em do południowej części Londynu. Po prostu trzeba szukać zegarmistrza, który wie o Świecie Cieni. Jest albo przyziemnym albo czarownikiem. Jakoś go znajdziemy.

- Ja też chcę jechać - odpowiedziała Tessa stanowczo, czym zaskoczyła wszystkich wokół. - Ten zegarmistrz może mieć informacje nie tylko o Mistrzu, ale także o moim bracie.

- Albo sam jest Mistrzem, a twoja obecność będzie tam zbędna - poprawił Will. Tessie, aż krew zawrzała w środku.

- Proszę się nie złościć, ale Will ma racje - poparł go Jem. - Mamy zapewnić pani ochronę, a nie rzucać w paszczę lwa. Instytut jest teraz najbezpieczniejszym miejscem dla pani.

- Mój brat został rzucony w paszcze lwa, kiedy dostał... - urwała, zdając sobie z czegoś sprawę. Rozszerzyła oczy.

- Tesso - zaczęła zaniepokojona Charlotte.

- Praca, listy, dokumenty - wyszeptała Tessa i uniosła wzrok. - Kiedy Nate dostał pracę w Londynie, nie brał ze sobą żadnych dokumentów z wyjątkiem dokumentu tożsamości! Musiał się porozumiewać z tym, kto dał mu rzekomo pracę tutaj i zastawił na nas pułapkę. Nate na pewno zachował niektóre listy od fałszywego pracodawcy.

- Jeżeli to prawda - zaczął Will, również będąc pogrążony w myślach. - To znaczy, że za pomocą tych listów moglibyśmy spróbować namierzy Mistrza, pani brata lub tego fałszywego pracodawce.

- Muszę jechać do Nowego Jorku - powiedziała Tessa zdecydowanie.

- Wyślemy tam kogoś z Clave - powiedziała Charlotte. - Tak jak mówiliśmy, to zbyt niebezpieczne dla ciebie.

- Nie będę siedzieć bezczynnie, kiedy mój brat może być torturowany - oznajmiła, wstając na równe nogi. Serce jej biło, jak oszalałe. - Wiem, jakie jest życie pod okiem Mrocznych Sióstr.

Oj tak. Zdecydowanie wiedziała. Wystarczyło kilka miesięcy życia w ich obecności, aby stwierdzić, że już gnicie w lochu było o wiele przyjemniejsze. Nigdy nie zapomni tego okresu; ciągłe zmienianie się, traktowanie jej niczym diamentu, który nie chce się dać oszlifować, ale dalej się to robi. Przeżycie już zawsze z nią pozostanie, niczym korzenie, które brutalnie oplotły cały jej umysł.

- Nate to moja jedyna rodzina, jaka mi pozostała, Charlotte - powiedziała Tessa, unosząc poważny wzrok na kobietę. - Moi rodzice umarli lata temu, a ciotka, która wychowywała mnie i mojego brata, zmarła chwile przed wyjazdem Nate'a. Nie mam innych krewnych.

Czuła na sobie wzrok pozostałych, ale skupiona była na tym, aby utrzymać jak najdłuższy kontakt wzrokowy z szefową instytutu. Nie widziała w jej spojrzeniu złości czy smutku. Były w nim niepewność i współczucie.

- Niech będzie - powiedziała w końcu kobieta i jako pierwsza odwróciła wzrok. Przeniosła go na Willa i Jem'a. Brunet nie ukrywał swojej irytacji, zaś Jem tylko westchnął zrezygnowany.
- Tessa pojedzie z wami, będziecie ją ochraniać.

- Jeżeli dojdzie do jakieś walki... - zaczął rozgorączkowany Will, ale Charlotte uniosła dłoń w geście protestu.

- Nie będzie żadnej walki. Jeżeli się czegoś dowiecie, to macie mnie o tym poinformować, a nie działać na własną rękę.

Po jej słowach brunet w mgnieniu oka wyszedł z jadalni, trzaskając drzwiami jeszcze mocniej niż poprzednia osoba, która wyszła z powodu Tessy. Zastanawiała się, kto następny uderzy przez nią tymi biednymi drzwiami i kto w nich wymienia zawiasy.

- No, to ja już może wrócę do siebie - powiedział Henry po dłuższej chwili ciszy i odsunął od siebie talerz z nietkniętym rogalikiem. W przeciwieństwie do Willa i Jessamine, wyszedł po cichu.

sobota, 9 września 2017

Rozdział 2 Muzyka

- Tak, potwierdzam. Uprowadziły mnie zaraz po moim przybyciu do Londynu. Znęcały się nade mną.

W oczach Konsula błysnęło zadowolenie i satysfakcja. Odwrócił się z powrotem do Mrocznych Sióstr i donośnym głosem rozkazał je aresztować. Jednak w tym samym czasie Pani Black machnęła ręką i kryształowy żyrandol runął na ziemie. Każdy się na niej skulił, chroniąc oczy i twarz przed latającymi odłamkami szkła. Will i Jem zasłonili Tessę w tym samym czasie swoimi ciałami, przyciskając ją do podłogi.

Mroczne Siostry wykorzystując chwile, pognały ku wyjściu. Widząc to, Tessa poczuła w sercu dziwną ulgę, ale nie trwała ona długo; nadal nie wiedziała, gdzie jest jej brat. Wyswobadzając się z uścisku chłopaków, ruszyła za jej oprawczyniami.

- Stójcie, wy żmije! - krzyczała, przedzierając się przez grupę Nocnych Łowców, którzy powoli zaczęli dochodzić do siebie.

- Brać je! Nie pozwólcie im uciec! - usłyszała, jak mężczyzna, który dowodził woła za nią, ponownie biorąc do ręki miecz. Wiedziała jednak, że jego rozkaz jej nie dotyczy, dlatego biegła ile sił w nogach, aby dogonić uciekające Mroczne Siostry. Ich ciemne suknie szeleściły kilkanaście metrów przed nią, kiedy te uciekały. Dostrzegła, jak Pani Dark również uniosła rękę. Kilka obrazów się uniosło w powietrze, lecąc prosto na nią. Zrobiła unik w ostatniej chwili, ale po dziwnych dźwiękach za sobą, domyśliła się, że jeden z tych dziwnych ludzi nie miał już takiego szczęścia. Nie rozpraszając się dalej biegła. Szczęście nadal jej sprzyjało, bo zdążyła robić uniki za każdym razem, gdy Mroczne Siostry czymś w nią cisnęły.

Kiedy dobiegły do schodów i zaczęły się po nich wspinać, Tessa zdążyła złapać za czarny materiał sukni Pani Black, kiedy ta dyszała z wysiłku (co jak co, ale w ciągu dni spędzonych w tym miejscu, zdążyła się dowiedzieć, że wysiłek fizyczny - w szczególności schody - nie służy Pani Black). Kobieta potykając się, runęła do tyłu, prosto na Tessę. Obie sturlały się po schodach, szarpiąc się, a następnie boleśnie lądując u szczytu schodów. Zanim jednak Nocni Łowcy zdołali je dopaść, Pani Black, nadal siedząc niezdarnie na schodku, przyciągnęła do siebie dziewczynę. Wbijając jej pazury w gardło, syknęła:

- Jeden krok, a ją zabiję!

Jedną ręką trzymała jej gardło, a drugą zaczęła się chwiejnie podciągać na schody. Pani Dark zeszła niżej, wypuszczając groźne zielone światło ze swoich rąk. Kucnęła przy swojej siostrze i tym razem to ona zacisnęła dłonie na gardle Tessy. Zielone światło znikło, wchodząc do gardła dziewczyny. Jej oczy zaczęły mrugać sennie. 

- Natychmiast puść dziewczynę! - ryknęła Charlotte, przedzierając się przez pozostałych towarzyszy. Nawet Will i Jem stanęli obok niej. Patrzyli z przerażeniem, jak oczy dziewczyny co raz bardziej się zamykały. Jej pierś unosiła się i opadała w szybkim tępię.
- Puść ją albo przysięgam na Anioła, że cię zabiję!

Pani Black szybko wypowiedziała formułkę w nieznanym języku i metr za nią pojawiła się okrągła fala światła, która ruszała się w powietrzu, jak wir wody. Brama. Weszła w nią i znikła, a za nią ruszyła pani Dark, szybkim ruchem ciągnąc za sobą dziewczynę, która już całkiem straciła przytomność. Już prawie przeszła przez bramę, kiedy Will rzucił się w jej stronę i zdążył złapać za kibić dziewczyny. Zanim Pani Dark zdążyła jakkolwiek zareagować, została pochłonięta przez falę bramy, która zaraz potem zniknęła na dobre.

Konsul zaklął wściekły, krążąc w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą była brama. Charlotte schowała swój miecz i dysząc wbiegła na schody i uklękła przy dziewczynie. Will podtrzymywał jej głowę, pozwalając ją sobie oprzeć o swoje kolano. Zielone światło, które wcześniej wlała w jej gardło Mroczna Siostra, zgasło. Charlotte przyłożyła dwa palce do jej szyi.

- Żyje - odetchnęła, wyczuwając puls.

- Więc dlaczego jest nieprzytomna? - spytał Will, nadal odgarniając włosy z twarzy dziewczyny.

- Anioł wie, co ta wiedźma jej zrobiła - powiedział Konsul, po czym zszedł ze schodów. - Koniec misji, wracamy do Alicante, trzeba znaleźć sposób, aby wytropić Mroczne Siostry. A ty, Charlotte - zwrócił się do kobiety i wskazał na nieprzytomną dziewczynę. - Zajmij się nią, kiedy tylko wyzdrowieje, trzeba ją przesłuchać. Może posiadać bardzo cenne informacje na temat ich... Mistrza i ich samych.






****





Pięć godzin później, Charlotte i pozostali wrócili już do instytutu. Will i Sophie wspólnie ściągnęli wciąż nieprzytomną dziewczynę z konia, która całą drogę jechała z brunetem, opierając się bezwładnie o niego. Nie żeby mu to przeszkadzało; dziewczyna nie ważyła dużo, szczególnie, że była dość wychudzona.

- Jej pokój jest gotowy - powiedziała Sophie, przekładając ramię Tessy wokół swojej szyi. Kiedy jednak doszli do schodów, sposób w jaki ją przenosili, nie był najwygodniejszy.

- Puść ją - nakazał brunet. Służąca wytrzeszczyła oczy, gwałtownie kręcąc głową.
- No przecież jej nie puszczę! Muszę sam ją wnieść, inaczej jej nogi będą haczyć o schody.

Sophie niechętnie puściła ramię Tessy, ale zanim ciało dziewczyny zdążyło się osunąć, Will złapał ją w ułamku sekundy, biorąc na ręce. Bez większego trudu ruszył w górę za pokojówką, aż doszli do jednego z pokoi. Położył dziewczynę ostrożnie na łóżku i przesunął po niej wzrokiem; zniszczona żółta suknia, splątane włosy i brudna twarz, a mimo to wyglądała, jak jedna z najpiękniejszych dziewczyn, jaką widział. Kiedy Sophie krzątała się, szykując misę z wodą i ścierką, ukradkiem odgarnął jej opadający na twarz lok.

W tej samej chwili do pokoju weszła Charlotte z Cichym Bratem. Will odsunął się na bok patrząc, jak Sophie bierze mokry materiał do ręki i ociera lekko twarz Tessy.

- Nie wiemy, co zrobiły jej Mroczne Siostry - powiedziała w końcu Charlotte.

"Opuście pokój, sam ją zbadam" powiedział głos Cichego Brata w ich głowach. Jak powiedział, tak zrobili. Wyszli na korytarz, zamykając za sobą drzwi.

- Kiedy Brat Enoch już zrobi to co musi - zaczęła Charlotte, zwracając się do Sophie. - Trzeba jej opatrzyć rany i przebrać w czystą koszulę.

- Oczywiście, pani Branwell.

W tym samym czasie zjawił się Jem. Dopiero po chwili Will przypomniał sobie, że pokój jego parabatai znajduje się tuż na przeciwko nowego pokoju Theresy.

- Co z nią? - spytał chłopak, ściągając swój płaszcz.

- Jest pod opieką Cichego Brata - odpowiedziała Charlotte, po czym podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. Spojrzała na niego nieco zaniepokojona.
- Brałeś już yin fen dzisiaj?

- Przed walką - powiedział spokojnie i się odsunął. Temat jego nałogu wśród bliskich nie należał do jego ulubionych. Posłał Charlotte ciepły uśmiech i ruszył do swojego pokoju ukradkiem rzucając Willowi uspakajające spojrzenie. Ten odprowadził go wzrokiem.

Piętnaście minut później drzwi pokoju się otworzyły. Brat Enoch wyszedł na korytarz, po czym nałożył swój kaptur.

"Dziewczynie nic nie jest. Jej ciało, jak i dusza potrzebują odpoczynku. Tylko tego jej teraz trzeba."
- A co z tym zielonym światłem? Co to, u diabła, było? - spytał Will.

"Najprawdopodobniej czar, który wyssał z dziewczyny większość energii. Tak jak mówiłem; potrzebuje odpoczynku."

- Dziękuję, Bracie Enochu. Pozwól, że cię odprowadzę. Sophie - spojrzała na służącą, dając znak, że może już wejść. Służąca dygnęła lekko i weszła do środka. Zamknęła drzwi, zanim Will zdążył zrobić kolejny krok za nią. Prychnął cicho i wrócił do swojego pokoju. Rzucił zbędne ubrania w kąt i opadł na łóżko. Odetchnął głęboko, myślami krążąc wokół ich nowego gościa. Przed oczami nadal widział chwilę z East Horsley, gdy dziewczyna mimo bólu stanęła na równe nogi i patrzyła z zaciętością na całą sytuację. Normalna kobieta drżałaby ze strachu i zemdlała. A jednak ona była inna.




***



Ciemność obejmowała ją całą. Dusiła ją. Głaskała. Dotykała. Oblepiała każdy centymetr jej ciała. Trwało to długo. Bardzo długo. Tak przynajmniej czuła, bo nic się nie zmieniało. Nikt, ani nic nie przychodziło jej na ratunek. W końcu jednak poczuła falowanie. Zupełnie, jakby unosiła się na powierzchni fal, tańcząc razem z nimi. Ale nie czuła wody. Słyszała muzykę, która niszczyła nękającą ją ciemność. Objęła ją i wyciągnęła z niej.

Poczuła się, jakby ktoś nią rzucił. Doznała dziwnego wstrząsu, kiedy dotyk wrócił do rzeczywistości; poczuła ręce, nogi, palce, głowę. Poczuła całe swoje ciało. Czuła, że leży na czymś miękkim. Owinięta w ciepły materiał. Powieki miała jednak zszyte, a przynajmniej takie miała wrażenie. Po kilku próbach poruszania palcami u rąk, które zdawały się być skamieniałe, spróbowała otworzyć oczy.

Pierwsza próba, nic.

Druga próba, nic.

Trzecia próbo, choć bardzo męcząca, udała się.

Rozchyliła powieki, czując jak kilka zmęczonych łez spływa z jej kącików oczu. Ostrość obrazu wyrównała się dopiero po chwili. Kiedy tak się stało, zamrugała ponownie. Wpatrzona w sufit, przełknęła ślinę i otworzyła lekko spierzchnięte usta.

Wody, pomyślała.

Rozejrzała się, powoli ruszając głową. Dostrzegła duże łóżko, na którym leżała i pierzyny, którymi została przykryta. Zobaczyła także stolik po prawej stronie łóżka, na którym stał świecznik. Zasłony od okna, były zasłonięte. Była jednak pewna, że był dzień.

Do jej uszu dobiegł dźwięk muzyki. Skrzypiec. Tych samych, które słyszała w ciemności. Tych, które ją objęły i obudziły.

Ta muzyka...

Tyle smutku, tyle nadziei w jednym utworze.

Biorąc głęboki oddech, powoli usiadła. Czuła się dziwnie wycieńczona z sił. Rozejrzała się ponownie, widząc teraz cały pokój. O prócz łóżka i stolika, były w nim szafa, pusty regał, biurko oraz parawan z wanną i lustrem.

Ona sama była ubrana w czystą koszulę. Ktoś umył jej twarz i opatrzył rany, które skądś miała.

Ostatnie co pamiętała, to to, że goniła Mroczne Siostry, gdy zaatakowali ich jacyś ludzie w czerni.

Nie czekając ani chwili dłużej, stanęła na równe nogi. Chwiejąc się od zawrotów głowy, wspierając się mebli, podeszła do parawanu, z którego zwisał ręcznik oraz jedwabny, szary szlafrok. Sięgnęła po niego i założyła, szczelnie zawiązując.

Ruszyła ku drzwiom nadal wspierając się mebli i ściany. Dźwięk skrzypieć nie ustawał. Nie wiedziała, co chce zrobić, ale musiała jakoś stąd wyjść. Cicho przekręciła klamkę i uchyliła drzwi. Wyjrzała przez szparę, ale nie dostrzegła nic innego o prócz światła dochodzącego z okien korytarza. Teraz muzyka grała jeszcze wyraźniej. A grała z pokoju na przeciwko.

Cicho wyszła na korytarz, trzymając się ściany. Siły opuszczały ją co raz bardziej. Szła powoli dalej, słysząc, jak z każdym zrobionym krokiem, dźwięk skrzypiec robi się co raz mniej słyszalny.

Dostrzegła schody. Przyśpieszyła kroku, kiedy nagle na schodach pojawił się cień i rozległy się kroki. Znieruchomiała, myśląc gorączkowo z walącym sercem. Kiedy postać się wyłoniła, ciało Tessy automatycznie zareagowało, łapiąc intruza za gardło i przypierając go do ściany, wywołując w nim krzyk.

Kiedy światło padło na twarz ofiary, zobaczyła, że to dziewczyna. Wyglądała, jakby była mniej więcej w jej wieku. Jej twarz przecinała blizna, która ciągnęła się z kącika oka do kącika ust. Orzechowe oczy wpatrywały się w Tessę ze strachem. Jej dłonie zacisnęły się na jej nadgarstkach.

W tej samej chwili poczuła, jak ktoś ją łapie za ramiona i odciąga od dziewczyny. Czyjeś dłonie objęły ją całą, nie pozwalając się ruszyć.

- Puszczaj mnie! - warknęła Tessa, nieudolnie starając się wyswobodzić z uścisku.

- Proszę się uspokoić, panno Grey! Nic pani nie zrobię! - usłyszała obok ucha. Głos mówił stanowczym, ale kojącym tonem. Znieruchomiała, ciężko oddychając. Sophie stała przy ścianie nadal pogrążona w szoku.

- Puść mnie - powtórzyła ponownie Tessa, ale o wiele ciszej niż poprzednio. Poczuła, jak ramiona powoli się rozluźniają. Odsunęła się kilka kroków i spojrzała na chłopaka. Był to ten sam chłopak, co w East Horsley. Jego srebrne włosy połyskiwały w świetle dnia. Oczy o tym samym kolorze wpatrywały się w nią z lekkim zaniepokojeniem.

- Nic ci nie jest Sophie? - spytał chłopak, zwracając się do dziewczyny, którą właśnie zaatakowała Tessa. Pokręciła lekko głową i spuściła wzrok, rumieniąc się, przez co jej blizna przybrała czerwony kolor.

- Widziałam cię w East Horsley - odezwała się w końcu i podparła ściany, patrząc na chłopaka. - Zaatakowaliście Mroczne Siostry.

- Tak, ledwo uszła pani z życiem - odpowiedział, po czym posłał jej miły uśmiech.

- Gdzie jestem?

- W instytucie, panno Grey. W bezpiecznym miejscu. Domyślam się, że ma pani wiele pytań, ale lepiej pójdę po Charlotte. Jestem pewien, że ucieszy się na wieść, że w końcu się pani obudziła - oznajmił, po czym odetchnął i spojrzał na pokojówkę. - Sophie, zaprowadź ją z powrotem do pokoju.

Kiedy ruszył do schodów, Sophie spojrzała niepewnie na Tessę i mijając ją szerokim łukiem, rzuciła:

- Proszę za mną.

Już po chwili Tessa ponownie znalazła się w tym samym pomieszczeniu co przedtem. Czując, jakby jej nogi nadal były z waty, usiadła ostrożnie na łóżku. Odetchnęła głęboko, starając się opanować walące serce.

Sophie podeszła do okna i rozsunęła zasłony, wpuszczając do środka światło pochmurnego dnia. Widok za oknem był jednak piękny; przedstawiał Londyn w całej okazałości.

- Napiłaby się Pani wody? - spytała służąca.

- Nie, dziękuję... Sophie.

- Jeżeli będzie panienka czegokolwiek potrzebowała, to proszę wołać - powiedziała i wyszła. Zaraz po niej do pokoju weszła kobieta w granatowej sukni. Wyglądała na niewiele starszą od Tessy. Znała ją. To była ta sama kobieta, co wtedy w posiadłości. Tessa dostrzegła na jej dłoni czarny tatuaż, który wyłaniał się także z nad kołnierzyka ubrania.

- Witam, panno Gray - przywitała ją kobieta z ciepłym uśmiechem. Zamknęła za sobą drzwi i usiadła obok niej na łóżku. - Nazywam się Charlotte Branwell. Domyślam się, że ma pani wiele pytań.

- Tak - Tessa kiwnęła głową, kontynuując. - Gdzie jestem i kim jesteście wy?

- Znajduje się pani w instytucie i zapewniam, że nie spotka tutaj pani żadna krzywda. Co do nas, mieszkamy tutaj. Jesteśmy... Nocnymi Łowcami.

- Czym? - Myślała, że się przesłyszała.

- Pół ludzie, pół Anioły. Bronimy świata ludzi przed demonami. Jesteśmy częścią Świata Cieni, do którego należą również podziemni: czarownicy, wilkołaki, wampiry oraz faerie...

- Chwileczkę - przerwała jej Tessa, unosząc dłoń. Zmarszczyła brwi, starając się przyswoić ilość nowych informacji. - Jak to... Ale... Świat Cieni... Wampiry... Czarownice...

- Wiem, że to może być... - Charlotte starała się znaleźć odpowiednie słowo. - Skomplikowane, ale jako przykład, że nie zmyślam, podam same Mroczne Siostry... oraz panią.

Przed oczami stanęły jej dwie siostry, które torturowały ją przez ostatnie miesiące. Przypomniała sobie okropny ból przy zmianach... Właśnie. Zmiany.

- Ja - zaczęła Tessa zmieszana, ale kobieta nie dała jej dojść do słowa.

- Wiem, że ma pani jeszcze wiele pytań, ale chcę panią uprzedzić, że nikt z nas nie potrafi stwierdzić czym pani jest i skąd wzięły się pani umiejętności zmiennokształtności. Mam jednak podejrzenia, że być może jest pani... czarownicą.

Tessa nigdy nie potrafiła zrozumieć tego, co potrafiła. Nie wiedziała dlaczego, jak i kiedy... i choć dużo zdążyła przez ostatnie miesiące doświadczyć, bycie c z a r o w n i c ą  wydawało jej się być niemożliwe.

- Co się stało w domu Mrocznych Sióstr? - spytała w końcu. - Pamiętam jedynie, że zjawiliście się... wy.

- Mroczne Siostry zdołały uciec, ale jedna z nich wyssała z pani energię. To dlatego pani zemdlała i przespała dwa dni.

- Dwa dni?!

- Tak, ale na szczęście już się pani obudziła. Proszę wybaczyć, że nie spytałam o to wcześniej, ale jak się pani czuje?

- Dobrze - odpowiedziała. - Tylko nadal jestem trochę... zaspana.

- To zrozumiałe. Może chciałaby się pani jeszcze trochę...

- Nie - powiedziała szybko Tessa. - Dwa dni to wystarczający odpoczynek. Muszę zacząć szukać brata, on... - urwała, przypominając sobie co mówiła Charlotte w domu Mrocznych Sióstr.

"Pani brata tutaj nie ma"

- Panno Gray - zaczęła Charlotte, ściskając czule jej dłoń. - Znajdziemy go, proszę się nie martwić. Jest on zbyt ważny dla nich, aby mogli go skrzywdzić. A teraz proszę się nie zadręczać - powiedziała, po czym zawołała służącą. Sophie weszła do pokoju i dygnęła.

- Pani Branwell.

- Sophie, czy Jessamine dała już swoje suknie?

- Tak, wszystkie są w szafie. Wszystkiego dopilnowałam.

- Dziękuję, śniadanie będzie za godzinę. Pomóż się umyć i ubrać pannie Gray.

- Tessa - poprawiła szatynka. - Proszę mi mówić Tessa.

wtorek, 13 czerwca 2017

Rozdział 1 East Horsley

Po powrocie z Idrisu, Charlotte odczekała kilka godzin do kolacji. Dopiero wtedy zdecydowała się powiadomić wszystkich członków instytutu o nadchodzącym ataku, w którym mieli uczestniczyć. Póki co, wszystko szło po jej myśli; nikt jej nie przerywał, dano jej dojść do słowa. Oczywiście wszystko się zmieniło, kiedy doszła do momentu, w którym opowiedziała, co się stanie z dziewczyną po jej odbiciu:

- Po ataku panna Gray przyjedzie do instytutu - oznajmiła. - Będzie u nas gościem.

- Czarownica w instytucie? - prychnęła Jessamine, odstawiając filiżankę. - Ten pół demon ma mieszkać na świętej ziemi?

- Nie jest pewne czy jest czarownicą. Niewiadome nawet czy naprawdę jest zmiennokształtną, w końcu plotki to plotki - przypomniała Charlotte, po czym posłała jej lekki uśmiech. - Jak przyjedzie, to postaraj się być dla niej miła, Jessie. - Dziewczyna tylko westchnęła.

- Jak długo tu zostanie? - odezwał się Jem. Jego srebrne włosy połyskiwały w słabym świetle świec, które powoli gasły. Choć cienie pod jego oczami tańczyły, jego twarz pozostawała miła jak zawsze. Charlotte spojrzała na niego z czułością, mówiąc:

- To zależy w jakim stanie będzie i od całej sytuacji. Obiecałam Konsulowi, że Theresa dostanie odpowiednią opiekę. Nie zapominajcie, że kiedy my teraz jemy, ona może w tej chwili być torturowana.

- Mam wrażenie, że naszym zadaniem w całej tej misji będzie uratowanie przerażonej panienki - oznajmił Will, patrząc na Charlotte niemal z wyrzutem. - Dam w opałach jest tysiące, być może ta o której wszyscy mówią, to zwykła oszustka, którą Mroczne Siostry zdecydowały się trochę dłużej podręczyć.

- Nawet gdyby, Will - zaczął Henry. - Krzywdzenie przyziemnych to naruszenie prawa i porozumień. Musimy się tym zająć. Mroczne Siostry i tak od dawna były na liście do sprawdzenia. O ile się nie mylę, to mówi się, że maczają palce w brudnych interesach - Mężczyzna spojrzał na żonę, szukając w niej poparcia. Ta uśmiechnęła się Henry'ego, po czym odpowiedziała:

- To prawda, zresztą i tak musimy słuchać rozkazów Konsula.

- No proszę, Henry, jednak coś dociera do tej twojej piwnicy - zaśmiał się Will. Pani Branwell spojrzała na niego karcącym wzrokiem.

- Róbcie co chcecie - powiedziała panna Lovelace, odkładając sztućce i wycierając kąciki ust śnieżnobiałą chusteczką. - Mogę jedynie przygotować dla niej kilka starych sukien, które miałam wyrzucić.

- Wyrzucić? - zaczął Will głosem pełnym sarkazmu. - Myślałem, że dobrze wychowane damy oddają takie rzeczy na cele dobroczynne. - Dla podkreślenia wszystkiego zacmokał kilka razy karcąco.

- Niech cię piekło pochłonie - mruknęła dziewczyna i wyszła. Słysząc nadal dźwięk jej obcasów, chłopak zawołał:

- Język, panno Lovelace! Nie wypada tak się wyrażać! - Zadowolony z siebie, sięgnął po kawałek rogalika, który leżał na talerzu. Wsadził go do buzi, rozpierając się wygodnie na krześle.

- Nigdy jej nie odpuścisz - westchnął obok Jem, ale nie potrafił ukryć lekkiego rozbawienia, które iskrzyło w jego oczach.

- Kłócenie się dostarcza dobrego treningu mojemu pełnemu sarkazmu słownictwu. A kłócenie się z Jessamine jest i treningiem i przyjemnością. Ach, no i oczywiście moim ulubionym zajęciem w instytucie zaraz po treningach i detektywistycznych wyjściach z tobą, Jem.

- Will - jęknęła Charlotte, pocierając skronie.

- Nie martw się, już skończyłem. Idę potrenować przed spaniem, idziesz, Jem? - zwrócił się do Carstairsa, który tylko kiwnął głową i żegnając się z Charlotte, Henrym i Sophie, opuścił jadalnię wraz ze swoim parabatai.

- Ja też już pójdę - zaczął Henry, szybko całując żonę w czoło. - Muszę dopracować Sensor.

- Tylko proszę, nie baw się ogniem tak jak ostatnio. Nie mam ochoty patrzeć, jak Will ponownie wylewa na ciebie wodę z wazonu - powiedziała Charlotte, patrząc błagalnie na męża, ale ten zdążył już wyjść. Kobieta przewróciła oczami i zawołała Sophie, która niemal natychmiast weszła do jadalni.

- Pani Branwell - powiedziała służąca, lekko przed nią dygając.

- Pewnie zdołałaś podsłuchać całą naszą rozmowę, dlatego poproszę cię wprost, abyś już zaczęła szykować pokój dla panny Gray.

- Jakiś konkretny?

- Daję ci wolną rękę - powiedziała Charlotte i posłała dziewczynie lekki uśmiech. Ta odwzajemniła gest i dłonią odgarnęła z twarzy kosmyki włosów, które wyjątkowo nachodziły na jej bliznę. Mimo tego szpetnego szczegółu, Charlotte uważała Sophie za piękną dziewczynę. Gdyby nie blizna, dorównywałaby swoją urodą Jessamine. Nie ona jedna tak myślała. Thomas, przyziemny ze wzrokiem, który również służył w instytucie, adorował młodą Collins. A przynajmniej tak wnioskowali Will i Charlotte po tym, jak często Thomas starał się jej pomagać.

- Jeżeli nie ma pani nic przeciwko, to przygotuję ten z widokiem na Londyn - powiedziała Sophie.






***





Dwa dni później o później porze wyruszyli konno razem członkami Enklawy. Wszystkich razem było ich może trzydzieścioro, każdy na koniu, kierując się za Konsulem i jadącą obok niego Charlotte.

Wszyscy jechali w ciszy. Towarzyszyły im tylko dźwięki zasypiającego Londynu; konie ciągnące powozy, zamykane drzwi sklepów, tupot wypastowanych butów hazardzistów lub pracowników oraz ciche chichoty pań do towarzystwa, które wypatrywały klientów z brzegu zaułków.

Z upływem kilku godzin, nawet te dźwięki ucichły. Wkrótce jechali już tylko przez wieść, a powietrze wypełniał zapach roślin i dźwięk kopyt koni, na których jechali.

- Współczuję właścicielowi tych ziem - odezwał się Jem do jadącego obok parabatai.

- Dlaczego?

- Jutro rano jakiś mężczyzna się obudzi i zorientuje, że cała ścieżka, która idzie przez jego pole, jest pokryta końskim łajnem. - Will parsknął śmiechem, na co ktoś w tyle zwrócił mu uwagę, aby zachowywał się ciszej.

- Naprawdę nad tym zastanawiałeś się przez ostatnią godzinę? - spytał brunet. Jem tylko się uśmiechnął.

- Niezupełnie, zastanawiałem się także czy nasz nowy gość polubi się z Jessamine. Mam nadzieję, że tak. Jessie nareszcie będzie miała jakieś towarzystwo.

- A ja mam nadzieję, że nie - zaoponował Will. - Jeżeli się polubią, to znaczy, że są takie same, a ja nie zniosę drugiej Jessie. Nie zniosę też przewrażliwionej damulki.

Zanim którykolwiek zdążył jeszcze cokolwiek dodać, w oddali wynurzył się nieduży punkt, jakim był dom. Chociaż byli daleko, można było się domyślić, że liczył on sobie kilka pięter.

Konsul uniósł dłoń na znak zatrzymania. Wszystkie konie stanęły w miejscu.

- Resztę przejdziemy piechotą - oznajmił Konsul Wayland, po czym zeskoczył ze swojego wierzchowca tak jak pozostali. Zostawiając konie, szybkim krokiem ruszyli do przodu, z czasem się orientując się, że dom wcale nie był domem, ale posiadłością o kilku wieżach. Rodzina, która w nim mieszkała musiała być niewątpliwie bogata.

Will złapał za seraficki miecz, będąc gotowy na każdy niespodziewany atak.

- Członkowie Enklawy zajmą się Mrocznymi Siostrami, a pani Branwell i jej towarzysze dziewczyną - oznajmił Konsul.

- Dziewczyna na naszej głowie, a nie mówiłem? - mruknął Will do Jema, który tylko zignorował jego słowa.

Wszyscy zaczęli się podkradać do ścian posiadłości. Po zadbanym ogrodzie i małej ilości zniszczeń, można było wywnioskować, że nie jest ona bardzo stara. Budynek musiał mieć tak sześćdziesiąt lat.Tabliczka stojąca blisko wejścia tylko to potwierdzała:



DE VERE HORSLEY ESTATE
rok 1820
Ockham Road South, East Horsley

siedziba Lovelace'ów


Will, Jem, Henry i Charlotte odłączyli się od Enklawy i postanowili wejść do środka przez drzwi z tyłu posiadłości. Trafili akurat na te, które były otwarte i prowadziły do chłodnego pomieszczenia. Nie minęła chwila, a magiczne kamienie rozbłysły, oświetlając pokój, którym była spiżarnia. Odór mięsa i innego jedzenia zaczął drażnić nos Willa. Jako pierwszy ruszył do następnego pomieszczenia, którym okazała się być dużych rozmiarów kuchnia. Szybkim krokiem podszedł do kolejnych drzwi, które tym razem prowadziły na korytarz. Nie był on ciemny; na ścianach wisiały świeczniki z zapalonymi świecami, które rzucały cienie i światło na perski dywan, wazy i pozostałe ozdoby. Will schował swój kamień, a w jego ślad poszli pozostali.

Po rozejrzeniu się i przejściu kawałka, mógł stwierdzić, że nie ma żadnych dowodów na to, że Enklawa już tutaj była. Być może nadal się nie dostali do środka.

- Kontynuujmy - powiedziała cicho Charlotte na samym końcu ich grupy, kiedy usłyszeli nad sobą dźwięk ciężkich kroków. Will ruszył dalej, aż dotarli do kamiennych schodów. Zaciskając palce na rękojeści miecza, dał pierwszy krok    schody nie zaskrzypiały. Tak było przy kolejnych krokach jakie dawał on, a za nim pozostali.

Na górze zastali taki sam korytarz jak na dole, jednak wraz z kolejnymi krokami poruszania się na przód, do ich uszu dobiegł stłumiony dźwięk głosów    rozmowy.

Will zatrzymał się, aby spojrzeć pytająco na Charlotte, ta jednak dała znak ręką, aby szedł dalej. Z każdą sekundą głosy stawały się co raz głośniejsze i wyraźniejsze. Kiedy doszli do zakrętu, przywarli plecami do ściany, kiedy tym czasem brunet powoli się wychylił, aby ocenić dalszą drogę. Jedyne co zauważył, to nieco dalej lekko uchylone drzwi zza których wylewało się długie, jasne światło świec.

Palcem pokazał, żeby być cicho, po czym że droga wolna. Cichym krokiem ruszyli dalej, po kilku sekundach docierając do drzwi. Dźwięk rozmowy był niemal już całkiem wyraźny; dwa ochrypłe głosy i jeden łagodny.

Charlotte podeszła bliżej drzwi, dając znak Willowi, aby się nieco odsunął; zrobił to z niechęcią. Kobieta zajrzała powoli do środka. Pomieszczenie, które zobaczyła było główną jadalnią budynku; ogromny perski dywan, kominek oraz drogi mahoniowy komplet długiego stołu i krzeseł. Jadalnia godna zamożnych. Jednak wzrok Charlotte zatrzymał się na dwóch postaciach ubranych w szare suknie. Jedna z nich była szczupła, druga była jej przeciwieństwem. Nie miała wątpliwości, że były to Mroczne Siostry.

- Podejdź, Thereso - powiedziała pani Dark, która była o wiele szczuplejsza od swojej siostry. Wraz jej słowami w pole widzenia Charlotte, weszła dziewczyna. Nie mogła jednak zobaczyć jej twarzy, bo stała plecami. Dostrzegła jedynie, że dziewczyna miała na sobie starą, żółtą suknię i rozpuszczone, niewyczesane włosy. Jej ciało drgało.

- Nie powtórzę drugi raz - odezwała się pani Black. - Mistrz zjawi się już jutro, dlatego musimy mieć pewność, że dasz rade się przemienić akurat w tą osobę, o którą poprosi.

- Przemieniłam się już dzisiaj pięć razy - odezwała się dziewczyna. Charlotte wyczuła w jej głosie lekkie drganie, jednak ton pewności siebie zdecydowanie je tłumił.

- To były osoby, które nadal żyją albo zginęły łagodną śmiercią. Mistrz oczekuję od ciebie nawet najtrudniejszych przemian, więc musimy je przećwiczyć.

- Nie mam już siły - warknęła dziewczyna, a tył jej głowy się przechylił, kiedy uniosła podbródek.

- Masz się przemienić w kobietę, która została zasztyletowana niecały rok temu - wytłumaczyła pani Dark, ignorując sprzeciw dziewczyny. - Masz powiedzieć, jak się nazywała, ile miała lat, kim była i gdzie została ugodzona nożem. Zrób to, a skończymy na dzisiaj. - Czarownica podała dziewczynie coś świecącego i tak małego, że Charlotte nie mogła dostrzec co to było. Dziewczyna wzięła rzecz do ręki.

- Gdzie jest Konsul? - spytała z przejęciem, odsuwając się od drzwi i rozglądając się.

- Tam. - Will wskazał w głąb korytarza, gdzie z ciemności wynurzyła się grupa Nocnych Łowców. Na ich czele szedł Konsul Wayland. Widząc ich, przyśpieszył. Charlotte przyłożyła palec do ust, dając znak, aby zachowywali się cicho. Kiedy mężczyzna podszedł do kobiety, ta streściła szybko to co zobaczyła przez otwarte drzwi.

- Zaczekajmy jeszcze chwile - powiedział, po czym nachylił się do drzwi. Charlotte schyliła się, aby także móc cokolwiek widzieć.

Dziewczyna zbliżyła się do stołu i podparła o niego ręką. Odwróciła się. Spod lekkiego brudu na skórze, ukazywały się gładkie rysy twarzy o uwydatnionych kościach policzkowych, nadając dziewczynie niewinny dziewczęcy wygląd. Pod jasnymi oczami kryły się cienie z wyraźnej bezsilności.

Thereso, pomyślała Charlotte, jakby chciała przywołać dziewczynę. Ta jednak nawet nie drgnęła, wpatrując się dalej w przedmiot w swojej dłoni. Nagle ją zacisnęła. Paznokcie dziewczyny wbiły się w powierzchnie stołu, a ciało zgięło się w pół.

Serce kobiety podskoczyło na jej widok.

Głośny jęk pełen bólu wydobył się z ust dziewczyny. Charlotte zdawało się, że włosy dziewczyny nagle stały się o ton ciemniejsze. W jednej chwili zaczęły jej rosnąć, zatrzymując swą długość przy pasie. Jej barki rozszerzyły się, a dziewczęca twarz przekształciła się w twarz czterdziestoletniej kobiety o ostrych rysach.

Kobieta zaniemówiła, tak samo jak Konsul. Obydwoje się nie ruszyli. Charlotte wpatrywała się w postać kobiety, która jeszcze przed chwilą była młodą dziewczyną.

- Na Anioła - wymamrotała.

Kobieta o długich włosach wyprostowała się i uniosła wzrok na Mroczne Siostry, które wpatrywały się w nią z fascynacją i dumą. Nagle kobieta złapała się za brzuch. W tym samym miejscu materiał żółtej sukni zamienił się w czerwoną plamę, która zaczęła się stopniowo powiększać.

Minęło może kilka sekund, a ciało kobiety zmieniło się, przybierając swą prawdziwą postać. W jednej chwili Charlotte i Konsul ponownie mieli przed swoimi oczami dziewczynę. Ta nadal trzymając się za brzuch, tym razem krzyknęła, ale po chwili stłumiła go, upadając na kolana. Zaczęła głęboko oddychać, a jej twarz była wykrzywiona z bólu.

Charlotte chciała wpaść do środka i zareagować, pomóc dziewczynie. Konsul wyczuł jej niespokojny ruch i położył dłoń na jej ramieniu.

- Jeszcze nie teraz - wyszeptał jej tuż przy uchu. Kobieta niechętnie się uspokoiła.

- Thereso - zaczęła pani Dark bez żadnego wzruszenia na widok dziewczyny. - Kim byłaś?

- Emily Goldenberg - powiedziała Theresa przez zaciśnięte zęby. Jej głos był mieszaniną złości z bólem. - Byłam żoną austriackiego sędziego. Miałam czterdzieści-dwa lata - głos jej się załamał, ale tylko na chwilę. - Zostałam zasztyletowana w brzuch... spodziewałam się dziecka podczas śmierci.

Charlotte rozdziawiła usta ze zdumienia. Nie potrafiła pojąć niczego co przed chwilą zobaczyła lub słyszała.

- Bardzo dobrze, Thereso - pochwaliła ją pani Black bez żadnego entuzjazmu w swoim głosie. Równie dobrze mogła się wpatrywać w kulawego psa.

Konsul odsunął się od drzwi i spojrzał na pozostałych. Jego twarz pozostawała niewzruszona.

- My zajmiemy się Mrocznymi Siostrami, a dwójka z was ma eskortować pannę Gray bezpiecznie do instytutu - oznajmił Konsul. Charlotte spojrzała odwróciła się do swoich towarzyszy, mówiąc:

- Will, Jem, proszę, abyście to wy zajęli się bezpieczeństwem panny Gray. - Jeżeli Will naprawdę był niechętny, to naprawdę dobrze to ukrył. Jem tylko kiwnął na zrozumienie głową, zaciskając palce na swej lasce.

Właśnie wtedy Konsul złapał za swój miecz, nadając mu imię. Wpadł do środka, głośno oznajmiając:

- Pani Dark, Pani Black, pod nakazem Enklawy jesteście aresztowane pod zarzutem znęcania się nad przyziemnymi i maczania palców w brudnych interesach! Za łamanie porozumień, zostaniecie przetransportowane do Cichego Miasta, gdzie wkrótce zostaniecie osądzone!

Reakcja Mrocznych Sióstr nie była natychmiastowa. Obie były w głębokim szoku, kiedy Nocni Łowcy otoczyli je z ostrzami wymierzonymi prosto w nie. Theresa choć pozostawała po za zasięgiem kręgu, rozejrzała się z niedowierzaniem. 

- Odmawiam! - warknęła w końcu pani Black. - Nie macie żadnych dowodów. To bezpodstawne oskarżanie!

- Widzieliśmy wszystko, co robiłyście tej dziewczynie. - Charlotte wskazała na kulącą się wciąż dziewczynę, obok której stanął Will i Jem. Obaj ukucnęli obok niej.

Theresa spojrzała na dwóch chłopaków, nie mogąc zrozumieć co się właśnie dzieje i kim są ci wszyscy ludzie. Brunet dotknął jej dłoni, którą wciąż uciskała gojącą się po przemianie ranę, jednak ta odskoczyła od niego i jego srebrnowłosego towarzysza.

- Nie dotykaj mnie - syknęła i mimo chwiejnych nóg podniosła się, podpierając stołu.

- Jest tutaj z własnej woli - odezwała się pani Dark, patrząc na nią nad sylwetkami Nocnych Łowców. Jej wzrok przeszywał ją na wskroś.

- Dowody mówią co innego - odpowiedział Konsul.

- Sama potwierdzi swoje niezobowiązanie do nas i tego miejsca - ciągnęła dalej szczuplejsza z sióstr. - Czyż nie, Thereso?

Dziewczyna spojrzała na mężczyznę i stojącą obok niego kobietę, którzy musieli dowodzić całą grupą ludzi otaczających Mroczne Siostry. Ich wzrok wyrażał zapytanie. Spojrzała także na stojących przed nią dwóch młodych chłopaków. Brunet patrzył na nią swoimi niebieskimi niczym ocean oczami. Patrzył na nią z nieodgadnioną tajemniczością i uwagą. Wzrok srebrnowłosego towarzysza bruneta był zupełnie inny; wyrażał troskę i czułość. Spojrzeniem wróciła ponownie do pani Dark, która swoim niemal ją zabijała.

- Może pani powiedzieć prawdę - odezwał się chłopak o srebrnych włosach. Nuta grzeczności w jego głosie nie uszła jej uwadze.

- Jesteśmy tutaj, aby pani pomóc - powiedziała kobieta stojąca obok mężczyzny stojącego na czele kręgu.

Theresa przełknęła ślinę, starając się zachować kamienną twarz.

- Jeżeli to co mówicie jest prawdą - zaczęła, starając się nie okazać drżenia, jakie czuła w całym ciele z powodu braku sił. - To jestem gotowa powiedzieć wszystko pod warunkiem, że najpierw zobaczę się z bratem.

Odwaga, która nadal od niej biła nie mogła nie zadziwić większości obecnych. Jednak po chwili, kiedy do Charlotte dotarł warunek dziewczyny, zrozumiała, że to do niej należy zadanie powiedzieć pannie Gray prawdę. Schowała miecz i przepchnęła się przez pozostałych, stając tuż przed dziewczyną.

- Pani brata tutaj nie ma - oznajmiła Charlotte. Oczy dziewczyny w jednej chwili zaszkliły się łzami, jednak nie pozwoliła sobie uronić ani jednej.

- O czym pani mówi? - spytała cicho dziewczyna.

- Panno Gray, badaliśmy całą sprawę z najwyższą dokładnością. Pani brata tutaj nie ma - powtórzyła Charlotte, starając się wymawiać każde słowo powoli i wyraźnie. Obserwowała, jak dziewczyna mruga kilka razy przetwarzając jej słowa. Po chwili uniosła wzrok i spojrzała na Mroczne Siostry. W jej oczach nie było już widać łez.

- Czy to prawda? - spytała dziewczyna, a kiedy Mroczne Siostry dalej milczały, podniosła głos. - Pytam się, czy to prawda?!

- Thereso - zaczęła Charlotte, ale dziewczyna zignorowała jej słowa, robiąc chwiejny krok do przodu.

- Gdzie jest mój brat?! - Mroczne Siostry milczały, spuszczając wzrok. - Co mu zrobiłyście wy wiedźmy! - krzyknęła dziewczyna, chcąc się rzucić do przodu, ale poczuła, jak rana nadal daje się we znaki. Upadłaby, gdyby Will i Jem jej nie podtrzymali. Natychmiast się od nich odsunęła, upadając na kolana. Spuściła głowę i zacisnęła zęby nie chcąc pozwolić sobie na płacz.

Nie mogę się przy nich rozpłakać, nakazała sobie w środku.

- Panno Gray - odezwał się po chwili Konsul. - Czy potwierdza pani, że Mroczne Siostry trzymały panią wbrew pani woli i torturowały?

Theresa nie odpowiedziała od razu. W jej głowie panował mętlik, a wyczerpanie i ból fizyczny wcale jej nie pomagał. Musiała wziąć dwa głębokie oddechy. Jej głos był pełen złości.

- Tak, potwierdzam. Uprowadziły mnie zaraz po moim przybyciu do Londynu. Znęcały się nade mną.


niedziela, 28 maja 2017

Prolog

Mimo chłodnej, jesiennej pogody, dzieci wychodziły z domów, aby walczyć drewnianymi mieczami lub bawić się w zebranych przez rodziców górach kolorowych liści. Podwórka domów i posiadłości Alicante były ich pełne.

Chmury widniejące na niebie rozstępowały się nieco, pozwalając promieniom słońca się przez nie przebić i otoczyć swym blaskiem demoniczne wieże i szczyt budowli Sali Anioła, która mimo iż od zewnątrz wydawała się być wspaniała jak zawsze, w środku dusiła w sobie napiętą atmosferę spotkania Konsula Wayland'a i Charlotte Branwell.

- To nie była rozmowa, którą mogliśmy odbyć poprzez listy - powiedział Konsul, siadając za mahoniowym biurkiem. Dłonią wskazał Charlotte krzesło stojące tuż na wprost niego. Kobieta kiwnęła z wdzięcznością głową i usiadła.

- Przyjechałam najszybciej, jak tylko mogłam - oznajmiła, ściągając swoje skórzane rękawiczki. - Domyślam się, że to coś poważnego.

- Nie pomyliłaś się. - Mężczyzna powoli przysunął tackę z dwiema filiżankami herbaty. Sam jednak nie zdecydował się na pierwszy łyk    zrobiła to kobieta. Po chłodnej jeździe konnej z posiadłości Branwellów do Sali Anioła, jej ciało pragnęło czegoś ciepłego. Wzięła naczynie z mlekiem i wlała je do swojej filiżanki.

- O co więc chodzi?

- Na pewno dotarły do ciebie plotki o zmiennokształtnej - zaczął. - W miejscach takich jak Londyn nic się nie ukryje.

- Obiło mi się o uszy - odpowiedziała, odstawiając pustą do połowy filiżankę.

- Co dokładnie?

- Dziewczyna - powiedziała Charlotte. - Kolejna ofiara Mrocznych Sióstr, jednak nie jest przyziemną. Ma dar zmiennokształtności. Enklawa przeprowadziła atak na dom, w którym była więziona, ale o ile się nie mylę, ona i Mroczne Siostry zdołały uciec.

- Owszem, ale po przeszukaniu domu znaleźliśmy pewien notes. Był to prawdopodobnie pamiętnik, w którym dziewczyna opisywała każdy spędzony dzień z Mrocznymi Siostrami, poczynając od pierwszego dnia przebywania w Londynie. Dzięki niemu dużo się dowiedzieliśmy, chociażby, że dziewczyna nazywa się Tessa Gray. Po śmierci ciotki przypłynęła z Nowego Jorku do Londynu do brata, Nathaniela, od którego rzekomo dostała wiadomość, że zaczną w mieście nowe życie. Powóz, w który miała wsiąść po przypłynięciu do portu okazał się należeć do Mrocznych Sióstr. Jak się domyślasz, uprowadziły ją i uwięziły w starym domu. Panna Gray była tam torturowana poprzez ciągłe nakazy przemieniania się. Za nie wykonywanie rozkazów często była karana. Z jej notatek wynika, że wcale nic nie wiedziała o swoim darze i, że podobno brat dziewczyny był w tym samym domu więziony.

- Jakim więc cudem Enklawa go nie znalazła w czasie ataku?

- Doszliśmy do wniosku, że nie mogło go tam być. Enklawa zaatakowała znienacka. Gdyby tam był, Mroczne Siostry nie zdążyłyby uciec.

- A więc go tam nie było - powiedziała.

- Na to wychodzi. Mroczne Siostry tylko udawały, że go mają, aby zmusić dziewczynę do wykonywania poleceń. W każdym razie brat panny Gray jest nadal na liście zaginionych - odpowiedział Konsul.

- Po to mnie wezwałeś? - spytała. - Aby dać za zadanie mi i członkom Londyńskiego instytutu odnalezienie brata panny Gray?

- Nie - odpowiedział mężczyzna z lekkim uśmiechem. - Wezwałem cię tutaj po to, aby poprosić ciebie i cały Londyński instytut o uczestniczenie w kolejnym ataku na Mroczne Siostry i odbiciu panny Gray. - Na słowa Konsula, Charlotte zamarła. Wpatrywała się w niego niemo. Nie spodziewała się tego; Konsul zawsze był dla niej milszy od pozostałych członków rady Clave, jednak nie sądziła, że zostanie poproszona o uczestniczenie w tak specjalnym zadaniu. Co dopiero cały Londyński instytut, pomyślała.

- Konsulu - zaczęła, ale ten jej przerwał, unosząc dłoń.

- Znanemu nam czarownikowi nie łatwo było ponownie odnaleźć miejsce przebywania Mrocznych Sióstr, dlatego nie chcemy, aby atak się ponownie nie powiódł. Obawiamy się także, że gdy zaatakujemy, to może być obecny Mistrz.

- Mistrz? - powtórzyła Charlotte.

- Tak, z pamiętnika Wyczytaliśmy, że to właśnie jemu służą Mroczne Siostry i że panna Gray ma być jego... podarunkiem. Prawdopodobnie wszystkie te zbrodnie popełnione przez Mroczne Siostry, były wykonywane na jego zlecenie.

- Tylko po co? I kim jest ten cały Mistrz?

- Tego właśnie chcemy się dowiedzieć, dlatego przewaga liczebna jest ważna. Nie wiadomo, może teraz panna Gray jak i jej oprawcy mogą być licznie strzeżeni. - Charlotte pokiwała głową i wygładziła spódnicę wstając.

- Rozumiem, porozmawiam ze wszystkimi - powiedziała. Na jej słowa Konsul wstał i westchnął.

- Zanim odejdziesz, to jest jeszcze jedna kwestia - zaczął. - Kiedy uwolnimy dziewczynę, chcę, aby zajęto się nią w Londyńskim instytucie. Chcę, aby otrzymała należytą opiekę, szczególnie, że dopiero się dowiedziała o swoich zdolnościach i była poddawana torturą.

- Absolutnie to rozumiem, osobiście każę przyszykować Sophie i Jessamine pokój dla niej. Wezwę także Cichego Brata w razie, gdyby była ranna.

- Świetnie. - Kąciki ust Konsula drgnęły. - Miejsce pobytu Mrocznych Sióstr znajduje się na wsi w East Horsley. Znajduje się tam siedlisko Lovelace'ów, którzy wyjechali na kilka tygodni do Cambridge.

- Lovelace'ów? - powtórzyła Charlotte marszcząc brwi.

- Nie mam na myśli rodziny Jessamine Lovelace, ale przyziemnych - poprawił. - W każdym bądź razie mamy zamiar zaatakować za dwa dni o zmroku, kiedy się ściemni. O pierwszej Enklawa zjawi się w instytucie.

- Oczywiście, to wszystko?

- Tak, Charlotte, to wszystko. Możesz iść, dziękuję ci za przybycie. - Podał jej dłoń, którą lekko uścisnęła. Następnie założyła rękawiczki i już miała się odwrócić i wyjść, kiedy za jej plecami rozległ się jeszcze głos Konsula Wayland'a.

- Och, zapomniałbym! - Spojrzała na niego, kiedy sięgnął dłonią do szuflady biurka i wyjął z niej starą książkę w ciemnozielonej oprawie. Podał ją Charlotte. - To pamiętnik panny Gray. Zrobiliśmy jego kopię, więc możesz go oddać jej, jeżeli zechce. - Kobieta wzięła książkę i kiwnęła głową. Przyciskając przedmiot do piersi, ruszyła ku wyjściu.

Kiedy znalazła się na dworze, poczuła jak bardzo zrobiło jej się gorąco. Mimo jesiennego chłodu, Charlotte odpięła dwa guziki pod szyją. Podeszła do swojego wierzchowca i schowała do torby książkę. Dosiadła konia i wzięła głęboko powietrza. Serce biło jej jak oszalałe. Zamknęła oczy, powoli je wypuszczając. Zarzuciła lejcami, zastanawiając się, jak po powrocie powiadomi pozostałych o przebiegu rozmowy z Konsulem.

Oddychaj, Charlotte, pomyślała.